SODALICJE MARIAŃSKIE
 

Władysław Domaradzki

Władysław Domaradzki - sodalis z Powstania Warszawskiego, Jerzy Danowski

Z własnej inicjatywy porzucił harcerstwo na rzecz  Sodalicji Mariańskiej. Wstępuje do niej przy kościele św. Krzyża w Warszawie. Odtąd jego dynamizm jest ukierunkowany na  doskonalenie własne i aktywność apostolską. Codziennie przyjmuje komunię św. Za jego przykładem idzie matka i rodzeństwo. Wprowadził w domu zwyczaj mówienia „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” i umieścił przy drzwiach wejściowych kropielnicę ze święconą wodą, by się żegnać wchodząc i wychodząc z domu. Dzięki temu atmosfera w domu stawała się  coraz bardzo religijna.

 

Mieczysław Łacek OSPPE, Warszawa, Moderator Krajowy SM
 
Władysław Domaradzki – Przywódca Wielkiej Akcji[1]
 
I. Władysław Domaradzki urodził się 19 sierpnia 1914 roku w Warszawie. Ochrzczono go w kościele św. Aleksandra na Pl. Trzech Krzyży. Jego dziadek po kądzieli (ojciec matki) Czesław Stiche, syn Czecha był lekarzem o ordynatorem w Karlsbad, a jego babka Zofia, z domu Odrowąż Waligórski, w roku 1905 założyła pierwsze polskie gimnazjum w Warszawie (przy ul. Żurawiej jest pamiątkowa tablica ku jej czci). W prywatnym mieszkaniu babci Zofii  (przez 20 lat) była kaplica z pozwoleniem papieskim na Najświętszy Sakrament i w każdym tygodniu odbywała się tam Msza św. Często odwiedzał ją kardynał Aleksander Kakowski i przeor Jasnej Góry O. Pius Przeździecki, nazywając ja swoja drugą matką. Zofia miała 7 córek. Jedna  z nich Janina była matką Władysława.
Pradziad po mieczu (od strony ojca) - Wojciech Domaradzki był właścicielem majątku w Omięcinie k. Radomia (ich przodek: Domaradzki zginął pod Chocimem 1621). Ojciec Władysława - Mieczysław Domaradzki inżynier elektryk, studiował we Francji w Liège, potem udał się po kontrakty do Ameryki Północnej i ostatecznie zamieszkał w Kielcach. W roku 1918 umiera na tyfus plamisty. Jego żona z dziećmi udaje się do Warszawy i zamieszka właśnie na ul. Żurawiej 9 (m. 11) u swej matki Zofii Stiche.
Władysław ma  dwie siostry: Maria (franciszkanka Misjonarka Maryi), Zofia (Wizytka), brat Czesław (Jezuita). Mając 4 latka traci ojca (umiera na tyfus plamisty w roku 1918). Bardzo mu go brakuje. Uczęszcza do gimnazjum w Warszawie, później na Politechnikę Warszawską. Należał do harcerstwa w gimnazjum im. Tadeusza Reytana. W sercu jednak dojrzewało w nim pragnienie zdobycia wyższych wartości.  Z własnej inicjatywy porzucił harcerstwo na rzecz  Sodalicji Mariańskiej. Wstępuje do niej przy kościele św. Krzyża w Warszawie. Odtąd jego dynamizm jest ukierunkowany na  doskonalenie własne i aktywność apostolską. Codziennie przyjmuje komunię św. Za jego przykładem idzie matka i rodzeństwo. Wprowadził w domu zwyczaj mówienia „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” i umieścił przy drzwiach wejściowych kropielnicę ze święconą wodą, by się żegnać wchodząc i wychodząc z domu. Dzięki temu atmosfera w domu stawała się  coraz bardzo religijna.
Mówiono o nim, że jest święty. Był  bardzo gorliwy w pracy nad sobą. Nie pił alkoholu. Nie miał dużych wymagań co do jedzenia, ubrania, spania itd. Był jednak duszą wszystkich zebrań towarzyskich. Jego życie zawodowe  doskonale harmonizowało z jego życiem duchowym. Pracował w firmie Drzewiecki-Jeziorański jako inżynier, będąc tam przykładem dla wszystkich pracowitości i zaangażowania.
W Sodalicji Mariańskiej zdecydowanie przeciwstawiał się „ospałości organizacyjnej”. Był najpierw Instruktorem kandydatów, a potem Prefektem SMA. Dzięki niemu jego brat nie tylko wstąpił do Sodalicji, stając się skarbnikiem Sodalicji, ale nadto organizatorem teatru dla przedmieść Warszawy, gdzie aktorami byli sodalisi i sodaliski. Władysław wyzwalał inicjatywy.  Sam był organizatorem  I Ogólnopolskiej Pielgrzymki Młodzieży Akademickiej na Jasną Górę - 24 maja 1936 roku.
Studenci wtedy ślubowali, że „każdego roku w uroczystej pielgrzymce przychodzić będziemy na Jasną Górę jako wybrani synowie  do stóp Matki naszej umiłowanej”. W czasie okupacji w roku 1943 pośród delegatów przybyłych na Jasną Górę był Władysław Domaradzki. Ślubowanie wtedy odbyło się w kaplicy Matki Bożej w zamkniętej kaplicy. Ślubowano: „W 7. Rocznicę Pierwszych Uroczystych Ślubowań Akademickich, w dniach 23 maja 1943 roku, ożywieni niespożytą wiarą w tryumf sprawiedliwości dziejowej – pełni nadziei w bliski już kres cierpień naszego męczeńskiego Narodu – w obliczu Boga i Matki jego a naszej Królowej, my – polska młodzież akademicka w podziwie  dla wyroków Opatrzności, składamy na Jasnej Górze nasze Ślubowania”. Pod dokumentem są m.in. podpisy Władysława Domaradzkiego i Karola Wojtyły. Nazajutrz, 24 maja 1943, akademików zaprosili na śniadanie Paulini, po czym odbyła się w odosobnionej sali konferencja na temat pracy na najbliższy okres.
Władysław spalał się w pracy wychowawczej i organizacyjne  w Sodalicji. W roku 1944 ciężko zachorował, miał coraz mnie sił. Zginął 16 września 1944 roku o godz. 12 w ruinach domu przy ul. Żurawiej 9, w czasie bombardowań Warszawy przez Niemców. W roku 1950 znaleziono jego kości i złożono je na Cmentarzu Powstańców Warszawy na Woli (skrzynka Nr 893, kwatera 54, grób II,  z napisem: „Inż. Władysław Domaradzki, lat 30 „MIŁOŚCIWIE PANUJĄCY”).
 
II. „Wielka Akcja 1941-1944”. Wielka akcja wychowawcza była skierowana do młodzieży warszawskiej w latach okupacji niemieckiej. Prowadziła ją Sodalicja Mariańska Akademików, kierowana od 1941 roku przez Władysława Domaradzkiego jako jej Prezesa. Wyrosła ona z różnych innych przedsięwzięć podjętych przed odradzające się Sodalicje gimnazjalne w kilku dzielnicach Warszawy, m.in. na Żoliborzu, Mokotowie i na Pradze. Taką grupą była m.in. grupa sodalicyjna z dawnego żoliborskiego gimnazjum, która spotykała się w pokoju nieobecnego w kraju żeglarza i taternika gen. Mariusza Zaruskiego (na poddaszu przerobionego na mostek kapitański).
Praca w konspiracyjnej Sodalicji polegała głównie na pogłębianiu wiedzy  religijnej i pracy samowychowawczej. Grupa ta działała pod opieką Księży Marianów. Podobna grupa działała na Mokotowie.  Specjalizowała się ona w dokształcaniu w apologetyce chrześcijańskiej. Grupa była związana z jezuitami, m.in. z ks. Edwardem Kosibowiczem i ks. Aleksandrem Kisielem, ks. Tomaszem Rostworowskim. Na Pradze działała grupa  pod wodzą studenta medycyny Włodzimierza Okońskiego, przyszłego Marianina. Zajął się on wygłaszaniem referatów z dziedziny  wychowania seksualnego.
Te działania stały się korzeniami jednej, bogatej w różnorodne formy akcji wychowawczej Sodalicji Mariańskiej. Te grupy młodzieżowe zintegrowały się w działaniach z Sodalicja Mariańską Akademików. Po odpowiednim szkoleniu kandy-dackim włączono tę młodzież w struktury SMA. Działy w  niej: Wydział Organizacyjny, Wydział Życia Wewnętrznego i Wydział Apostolstwa. Prowadzono kursy: kandydackie, prelegentów, przodowników. Utworzono również Grupy Apostolskie, które zajęły się akcjami wychowawczymi w szkołach, na plażach, w ośrodkach zdrowia i tym podobnych miejscach. Powołano też „Radę Główną Opiekuńczą” (RGO) w celu pomocy biednym rodzinom wysiedlonym z Poznania, której  władze okupacyjne pozwoliły na osiedlenie się w Warszawie.
Władysław Domaradzki będąc Prefektem SMA (1941-1944), chciał by Sodalicja  stała się „szturmówką katolicyzmu”. By jej działania były przebojowe. Miał doskonale rozwinięty zmysł organizacyjny, śmiało planował posunięcia. Cenił pracę zespołową. Nie znosił połowiczności w działaniach. Mówił, że trzeba być światłem (świecą), a nie ogarkiem tlącym się.
Pomnażały się szeregi Sodalicji i ich współpracowników. W latach 1942-1944 stan SMA wraz z grupami apostolskimi to 360 osób. Współpracowało z nimi 1.000 osób. Pracą apostolską objęto ok. 20 tys. osób. Była to wielka praca wychowawcza zwracająca młodych do Boga, ucząca kontaktu z Bogiem i ucząca prawdziwej, ofiarnej służby dla drugich. Przenikano do różnych środowisk. Prowadzono również prace wśród  zaniedbanych, „najgorszych”. Praca ta doprowadziła wielu do świętości i do heroicznych zachowań w czasie Powstania Warszawskiego. Z ducha doświadczeń Warszawskiej SMA  czerpano  w powojennej pracy sodalicyjnej w Poznaniu, Gdańsku, Krakowie, Lublinie, Gliwicach. Sodalicje zdały bardzo dobrze egzamin z wyrobienia charakteru i z wychowania do świętości .
Oto co mówił o Sodalicji Mariańskiej Władysław Domaradzki: „To nie jest organizacja masowa, ale elitarna. Sodalis musi przodować wszędzie i zawsze: w życiu zawodowym, społecznym, religijnym. Apostolstwo tylko wtedy może dawać rezultaty, gdy się ludziom imponuje w innych dziedzinach; kiepski student czy zły fachowiec nie pociągnie nigdy za sobą kolegów, choćby wewnętrznie stał nie wiem jak wyżej od nich. I dlatego nie można przygotować się do pracy apostolskiej kosztem nauki, czy pracy zawodowej. A czas na modlitwę, rozmyślanie, lekturę… musi się znaleźć, przecież mamy, prócz tego, co inni, łaskę Bożą i to nam wiele dopomoże”.
 
 
Modlitwa o beatyfikację Sodalisa
inżyniera Władysława Domaradzkiego ( 1914-1944):
 
Boże Wszechmogący, prosimy Cię o łaskę wyniesienia na ołtarze Władysława Domaradzkiego, który mówił, że dla Twojej chwały trzeba być światłem, a nie ogarkiem.
Ty wiesz, jak wytrwale, wypełniając wolę Twoją, zmierzał do Ciebie, jak wielu rówieśników pociągał do Ciebie i skierował na drogę apostolstwa jako Prefekt Sodalicji Mariańskiej Akademików w okupowanej  Warszawie.
Ojcze Niebieski, spraw, by przez  beatyfikację Władysława Domaradzkiego Sodalicja Mariańska zyskała wzór i patrona dla swojej  apostolskiej działalności. O to Cię prosimy przez Maryję  naszą Matkę i przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.
Ojcze nasz….
Zdrowaś Maryjo…
Chwała Ojcu…



[1] Na podstawie książki Przywódca Wielkiej Akacji. Nasze wspomnienia o Władysławie Domaradzkim, Warszawa 1997, seria „Błękitne rozwińmy sztandary”.
 
 
 
Wspomnienie o Jerzym Danowskim
 
Żył wiarą Chrystusową i Polskę. One decydowały o jego poczynaniach życiowych. Inspirowały do podejmowania działań apostolskich i w porze okupacji niemieckiej walki O jej wyzwolenie. W zbyt młodym wieku odszedł do domu Ojca Niebieskiego i zabrakło go w czasie jej odbudowy i pogłębianiu wiary ojców. Należał do straconego pokolenia synów Drugiej Rzeczpospolitej.
Jurka zapamiętałem jako pełnego wigoru młodzieńca. Był kilka lat starszy ode mnie i bardzo mi imponował. Zwłaszcza swą pogodą ducha i głęboką wiarą, jaką cieszą się ludzie o czystym sumieniu. Mimo niewielkiego wzrostu był skumulowaną energią nieustannego działania.
Uczęszczał na tajne komplety licealne liceum im. Księcia Józefa Poniatowskiego, uznawany za prymusa, zakończone maturą wojenną. Z zapałem uczył się języka włoskiego, stale nosząc ze sobą słowniczek włoski uzupełniając jego znajomość i nieźle nim władał. Co sprawiło, że ziemny brunet mógł uchodzić za rodowitego Włocha. Z urodą oblicza mógłby być amantem srebrnego ekranu.
Z Sodalicją Mariańską Akademików zetknął się przez Grupy Katolickie, gromadzące w latach okupacji młodzież męską i żeńską ze środowisk inteligenckich i robotniczych. Warszawy, spotykającej się konspiracyjnie w przypadkowych lokalach. Prawdopodobnie do sodalicji wprowadził Jurka jego bliski krewny Olgierd Nassalski, jeden ze współpracowników Włodka Okońskiego, medyka, popularyzującego etyczny stosunek do seksualności, autora książki „Wielka tajemnica”.
W roku 1943 Olgierd zdecydował się wstąpić do Zgromadzenia Ojców Marianów, gdy prefektem sodalicji był Włodek Domaradzki. To on wskazał Jurka na prowadzącego kurs kandydacki do sodalicji, jako w pełni do tego przygotowanego i mającego stosowne predyspozycje personalne. Mimo młodego wieku miał własną koncepcję przygotowania młodych Polaków do zajmowania ważnych stanowisk po wojnie. Pod tym kątem układał program metodycznego opanowania niezbędnej wiedzy dla pełnienia tych zadań. Większość jego wychowanków pochłonęło powstania 1944 roku.
Jerzy Danowski, żołnierz Armii Krajowej, uczestnicząc w tym powstaniu, poległ na reducie Banku Polskiego przy ulicy Bielańskiej, którego ruiny dotąd upamiętniają ten bohaterski zryw młodych Polaków. Miał niespełna lat dwadzieścia.
Wiesław Stradomski, Warszawa
 
 
 
Mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" (1918 - 1949) - część 1
W czasie niemieckiej okupacji cichociemny, bronił ludność Zamojszczyzny przed represjami, a jako szef Kedywu AK w Inspektoracie Lublin-Puławy przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Po wojnie jeden z najsłynniejszych bohaterów antysowieckiej partyzantki. Najbardziej znany i poszukiwany przez szwadrony NKWD i UB żołnierz Lubelszczyzny. Podczas próby przedostania się na Zachód, wskutek zdrady, aresztowany. Po trwającym ponad rok, brutalnym śledztwie, skazany na karę śmierci i 7 marca 1949 r., wraz z sześcioma podkomendnymi stracony w katowni bezpieki na ul. Rakowieckiej w Warszawie. W Lublinie, z inicjatywy Fundacji "Pamiętamy", związanej z Ligą Republikańską, odsłonięto niedawno pomnik "Zapory". 

WYBITNY DOWÓDCA 

Hieronim Dekutowski urodził się 24 września 1918 r. w Tarnobrzegu. Harcerz drużyny im. Jana Henryka Dąbrowskiego, członek Sodalicji Mariańskiej. Ochotnik wojny obronnej 1939 r., 17 września przekroczył granicę z Węgrami i został internowany. Uciekł z obozu i przedostał się do Francji, gdzie walczył z Niemcami w ramach PSZ, ewakuowany następnie do Anglii. W marcu 1943 r. zaprzysiężony jako cichociemny przyjął pseudonim "Zapora" i "Odra". W nocy z 16 na 17 września 1943 r., w ramach operacji o kryptonimie "Neon 1", został zrzucony do Polski na placówkę "Garnek" 103 (okolice Wyszkowa). Lot z Anglii Halifaxem BB-378 "D", należącym do Dywizjonu RAF trwał 12 godzin i 30 minut (poprzednia próba z 9/10 września nie udała się z powodu niskich chmur i braku paliwa w samolocie; część Halifaxów z polskimi skoczkami zestrzelili Niemcy). 
Początkowo Dekutowski dowodził oddziałem AK w Inspektoracie Zamość, broniąc ludność Zamojszczyzny przed wysiedleniami. W styczniu 1944 r. mianowany szefem Kedywu AK w Inspektoracie Lublin-Puławy. 
Władysław Siła-Nowicki, powojenny przełożony Dekutowskiego, w swoich wspomnieniach zapisał: "Wkrótce zyskał opinię wybitnego dowódcy. Cechowała go odwaga, szybkość decyzji a jednocześnie ostrożność i ogromne poczucie odpowiedzialności za ludzi. Znakomicie wyszkolony w posługiwaniu się bronią ręczną i maszynową, niepozorny, ale obdarzony wielkim czarem osobistym umiał być wymagający i utrzymywał żelazną dyscyplinę w podległych mu oddziałach, co w połączeniu z umiarem i troską o każdego żołnierza zapewniało mu u podkomendnych ogromny mir. Nazywali go »Starym«, choć nie miał jeszcze trzydziestu lat". 
Ok. 200-osobowe oddziały podległe "Zaporze" przeprowadziły 83 akcje bojowe i dywersyjne. Brał udział w akcji "Burza" na Lubelszczyźnie, po czym bezskutecznie próbował iść na pomoc walczącej Warszawie. 

WDZIĘCZNOŚĆ UBEKA 

Po wejściu Sowietów Dekutowski nie ujawnił się. Poszukiwany przez NKWD i UB, ukrywał się na dawnych AK-owskich kwaterach. Dlaczego nie złożył broni? 
Bohdan Urbankowski w książce "Czerwona msza" napisał: "Zaczęło się od tego, że czterej żołnierze »Zapory«, mieszkający w okolicach Chodla, zostali zaproszeni na tamtejszy posterunek. Dowódca posterunku MO/UB, Abram Tauber, był uratowanym przez jednego z nich Żydem, kilkakrotnie znajdował przytulisko w melinach »Zaporczyków«, po wejściu Rosjan został szefem UB w Chodlu. AK-owcy mogli spodziewać się jakiejś wdzięczności, tymczasem Tauber kazał ich wszystkich powiązać i własnoręcznie, jednego po drugim, zastrzelił. W odwecie Dekutowski rozbił posterunek w Chodlu. Data tego ataku - noc 5/6 lutego 1945 - oznacza początek Powstania Antysowieckiego na tych terenach". 
Wkroczenie Sowietów oznaczało masowe represje i mordy na Polakach, szczególnie żołnierzach AK. Jeśli uniknęli wywózki na Sybir, trafiali do katowni UB na Zamku Lubelskim (gdzie, prócz innych morderców, działał m. in. ścigany dziś przez Instytut Pamięci Narodowej Salomon Morel). "Zapora" nie mógł stać z boku. Walce o wolną Ojczyznę poświęcił nawet prywatne życie. Ukochanej narzeczonej powiedział: "Idę do lasu, nie wiem, czy przeżyję, nie możemy być razem". W odpowiedzi na komunistyczny terror stworzył poakowski oddział samoobrony (liczący, podobnie jak w czasie niemieckiej okupacji, ok. 200 osób), który dokonał szeregu brawurowych akcji odwetowych przeciwko NKWD, UB, KBW i MO. 

"TRZĘŚLI" LUBELSZCZYZNĄ 

Latem 1945 r., na rozkaz dowództwa, po ogłoszonej przez "ludową" władzę amnestii rozwiązał oddział (część jego żołnierzy ujawniła się). Sam, uważając amnestię za oszustwo i podstęp, wraz z kilkoma podkomendnymi chciał przedostać się na Zachód, ale grupa została rozbita przez UB pod Świętym Krzyżem w Górach Świętokrzyskich. Wkrótce ponowili próbę - tym razem, po przejściu "zielonej granicy", dopadła ich czeska bezpieka. "Zapora" dotarł do Pragi, ale nie znając dalszej trasy (w ambasadzie USA nie chcieli mu pomóc, twierdząc, że zajęte przez Sowietów Czechy to demokratyczny kraj) wrócił do kraju z grupą repatriantów. Na Lubelszczyźnie, jako najwybitniejszemu dowódcy, podporządkowała mu się większość oddziałów i wszedł w skład powstającego właśnie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość (WiN). Znów prowadził akcje obronne i zaczepne przeciw komunistom, zadając im znaczne straty. 
Dlaczego "Zaporczycy" byli dla bezpieki szczególnie niebezpieczni? 
Władysław Siła-Nowicki: "Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych, utrzymywanych w dyscyplinie »trzęsło« połową województwa. Stan ten przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, zaś w terenie istniała tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie poparcia, kwater i informacji". 
Rafał Wnuk w książce "Lubelski Okręg AK-DSZ-WiN 1944-1947" pisze, że oddziały Dekutowskiego "rozbudowały swą siatkę od Lubartowskiego na północy do Tarnobrzeskiego na południu i od Zamojszczyzny po wschodnią Kielecczyznę". Pomoc "Zaporczykom" niósł klasztor w podlubelskiej Radecznicy, gdzie odbywały się również narady dowódców. 

DWA RAPORTY 

Z raportu Iwana Sierowa, gen. NKWD, szefa Smierszu (16 IV 1945 r.): "Grupa uzbrojonych bandytów, licząca 11 osób, dokonała napadu na oddział banku w Lublinie, skąd zrabowała 200 000 złotych. Znajdujący się tam podczas napadu naczelnik pierwszej sekcji Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego województwa lubelskiego porucznik Kulwaniewski stawił rabusiom opór i został zabity". W rzeczywistości oddział "Zapory" zabrał 1.170 tys. zł, pierwsza sekcja WUBP w Lublinie była tą najgorszą - śledczą, a Antoni Kulwaniewski był członkiem WKP(b), oficerem Armii Czerwonej i LWP, absolwentem szkoły funkcjonariuszy bezpieczeństwa w Kujbyszewie. 
W ramach odwetu za akcję Dekutowskiego sowieci aresztowali 43 osoby, z czego 13 skazali na karę śmierci i stracili w podziemiach Zamku Lubelskiego. 
W innym raporcie, sporządzonym przez lubelski okręg WiN (III 1946 r.), czytamy: "Urzędy bezpieczeństwa działają pod wyłącznym kierownictwem NKWD. W działalności swojej posługują się podstępem. W końcu marca grupa cywilna UB, występująca jako grupa dywersyjna AK, powołując się na »Zaporę«, zażądała kontaktu na komendanta placówki w Chodlu, lecz zapytani, zorientowawszy się w porę, podstęp udaremnili. Grupa ta udała się następnie do Bełżyc, gdzie ułatwiono jej kontakt na komendanta placówki. Żądano od niego ściągnięcia ludzi celem rzekomego urządzenia napadu wspólnego na posterunek MO. W wyniku rozstrzelano komendanta placówki oraz kilku jego ludzi". 

Sierpień 1947. Od lewej: mjr "Zapora" i kpt. Zdzisław Broński "Uskok".

MONIAKI, CZYLI MOSKWA 

Stefan Korboński, działacz PSL Mikołajczyka, w książce "W imieniu Kremla" pod datą 3 października 1946 r zapisał: "komunikat PAP z Lublina, według którego »bandy« »Zapory« z WiN i »Cisego« z NSZ, uzbrojone w broń maszynową, razem 50 osób, napadły na wieś Maniaki i spaliły ją, w tym 11 gospodarstw należących do b. akowców. 
Przypis Korbońskiego: "Mowa o starciu oddziału Hieronima Dekutowskiego »Zapory« 23 IX 1946 z ormowcami ze wsi Moniaki (a nie Maniaki), nazywanej potocznie Moskwą, zakończonym śmiercią jednego z nich i wymierzeniem kary chłosty pozostałym". 
I komentarz: "Najlepszy jest ten pomysł, że członkowie WiN, który składa się z nieujawnionych akowców, niszczą własność swych ujawnionych towarzyszy broni. (...) Te kłamstwa są obliczone na obudzenie w społeczeństwie oburzenia przeciwkoMjr Hieronim Dekutowski "Zapora" (1918 - 1949) - część 1
W czasie niemieckiej okupacji cichociemny, bronił ludność Zamojszczyzny przed represjami, a jako szef Kedywu AK w Inspektoracie Lublin-Puławy przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Po wojnie jeden z najsłynniejszych bohaterów antysowieckiej partyzantki. Najbardziej znany i poszukiwany przez szwadrony NKWD i UB żołnierz Lubelszczyzny. Podczas próby przedostania się na Zachód, wskutek zdrady, aresztowany. Po trwającym ponad rok, brutalnym śledztwie, skazany na karę śmierci i 7 marca 1949 r., wraz z sześcioma podkomendnymi stracony w katowni bezpieki na ul. Rakowieckiej w Warszawie. W Lublinie, z inicjatywy Fundacji "Pamiętamy", związanej z Ligą Republikańską, odsłonięto niedawno pomnik "Zapory". 

WYBITNY DOWÓDCA 

Hieronim Dekutowski urodził się 24 września 1918 r. w Tarnobrzegu. Harcerz drużyny im. Jana Henryka Dąbrowskiego, członek Sodalicji Mariańskiej. Ochotnik wojny obronnej 1939 r., 17 września przekroczył granicę z Węgrami i został internowany. Uciekł z obozu i przedostał się do Francji, gdzie walczył z Niemcami w ramach PSZ, ewakuowany następnie do Anglii. W marcu 1943 r. zaprzysiężony jako cichociemny przyjął pseudonim "Zapora" i "Odra". W nocy z 16 na 17 września 1943 r., w ramach operacji o kryptonimie "Neon 1", został zrzucony do Polski na placówkę "Garnek" 103 (okolice Wyszkowa). Lot z Anglii Halifaxem BB-378 "D", należącym do Dywizjonu RAF trwał 12 godzin i 30 minut (poprzednia próba z 9/10 września nie udała się z powodu niskich chmur i braku paliwa w samolocie; część Halifaxów z polskimi skoczkami zestrzelili Niemcy). 
Początkowo Dekutowski dowodził oddziałem AK w Inspektoracie Zamość, broniąc ludność Zamojszczyzny przed wysiedleniami. W styczniu 1944 r. mianowany szefem Kedywu AK w Inspektoracie Lublin-Puławy. 
Władysław Siła-Nowicki, powojenny przełożony Dekutowskiego, w swoich wspomnieniach zapisał: "Wkrótce zyskał opinię wybitnego dowódcy. Cechowała go odwaga, szybkość decyzji a jednocześnie ostrożność i ogromne poczucie odpowiedzialności za ludzi. Znakomicie wyszkolony w posługiwaniu się bronią ręczną i maszynową, niepozorny, ale obdarzony wielkim czarem osobistym umiał być wymagający i utrzymywał żelazną dyscyplinę w podległych mu oddziałach, co w połączeniu z umiarem i troską o każdego żołnierza zapewniało mu u podkomendnych ogromny mir. Nazywali go »Starym«, choć nie miał jeszcze trzydziestu lat". 
Ok. 200-osobowe oddziały podległe "Zaporze" przeprowadziły 83 akcje bojowe i dywersyjne. Brał udział w akcji "Burza" na Lubelszczyźnie, po czym bezskutecznie próbował iść na pomoc walczącej Warszawie. 

WDZIĘCZNOŚĆ UBEKA 

Po wejściu Sowietów Dekutowski nie ujawnił się. Poszukiwany przez NKWD i UB, ukrywał się na dawnych AK-owskich kwaterach. Dlaczego nie złożył broni? 
Bohdan Urbankowski w książce "Czerwona msza" napisał: "Zaczęło się od tego, że czterej żołnierze »Zapory«, mieszkający w okolicach Chodla, zostali zaproszeni na tamtejszy posterunek. Dowódca posterunku MO/UB, Abram Tauber, był uratowanym przez jednego z nich Żydem, kilkakrotnie znajdował przytulisko w melinach »Zaporczyków«, po wejściu Rosjan został szefem UB w Chodlu. AK-owcy mogli spodziewać się jakiejś wdzięczności, tymczasem Tauber kazał ich wszystkich powiązać i własnoręcznie, jednego po drugim, zastrzelił. W odwecie Dekutowski rozbił posterunek w Chodlu. Data tego ataku - noc 5/6 lutego 1945 - oznacza początek Powstania Antysowieckiego na tych terenach". 
Wkroczenie Sowietów oznaczało masowe represje i mordy na Polakach, szczególnie żołnierzach AK. Jeśli uniknęli wywózki na Sybir, trafiali do katowni UB na Zamku Lubelskim (gdzie, prócz innych morderców, działał m. in. ścigany dziś przez Instytut Pamięci Narodowej Salomon Morel). "Zapora" nie mógł stać z boku. Walce o wolną Ojczyznę poświęcił nawet prywatne życie. Ukochanej narzeczonej powiedział: "Idę do lasu, nie wiem, czy przeżyję, nie możemy być razem". W odpowiedzi na komunistyczny terror stworzył poakowski oddział samoobrony (liczący, podobnie jak w czasie niemieckiej okupacji, ok. 200 osób), który dokonał szeregu brawurowych akcji odwetowych przeciwko NKWD, UB, KBW i MO. 

"TRZĘŚLI" LUBELSZCZYZNĄ 

Latem 1945 r., na rozkaz dowództwa, po ogłoszonej przez "ludową" władzę amnestii rozwiązał oddział (część jego żołnierzy ujawniła się). Sam, uważając amnestię za oszustwo i podstęp, wraz z kilkoma podkomendnymi chciał przedostać się na Zachód, ale grupa została rozbita przez UB pod Świętym Krzyżem w Górach Świętokrzyskich. Wkrótce ponowili próbę - tym razem, po przejściu "zielonej granicy", dopadła ich czeska bezpieka. "Zapora" dotarł do Pragi, ale nie znając dalszej trasy (w ambasadzie USA nie chcieli mu pomóc, twierdząc, że zajęte przez Sowietów Czechy to demokratyczny kraj) wrócił do kraju z grupą repatriantów. Na Lubelszczyźnie, jako najwybitniejszemu dowódcy, podporządkowała mu się większość oddziałów i wszedł w skład powstającego właśnie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość (WiN). Znów prowadził akcje obronne i zaczepne przeciw komunistom, zadając im znaczne straty. 
Dlaczego "Zaporczycy" byli dla bezpieki szczególnie niebezpieczni? 
Władysław Siła-Nowicki: "Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych, utrzymywanych w dyscyplinie »trzęsło« połową województwa. Stan ten przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, zaś w terenie istniała tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie poparcia, kwater i informacji". 
Rafał Wnuk w książce "Lubelski Okręg AK-DSZ-WiN 1944-1947" pisze, że oddziały Dekutowskiego "rozbudowały swą siatkę od Lubartowskiego na północy do Tarnobrzeskiego na południu i od Zamojszczyzny po wschodnią Kielecczyznę". Pomoc "Zaporczykom" niósł klasztor w podlubelskiej Radecznicy, gdzie odbywały się również narady dowódców. 

DWA RAPORTY 

Z raportu Iwana Sierowa, gen. NKWD, szefa Smierszu (16 IV 1945 r.): "Grupa uzbrojonych bandytów, licząca 11 osób, dokonała napadu na oddział banku w Lublinie, skąd zrabowała 200 000 złotych. Znajdujący się tam podczas napadu naczelnik pierwszej sekcji Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego województwa lubelskiego porucznik Kulwaniewski stawił rabusiom opór i został zabity". W rzeczywistości oddział "Zapory" zabrał 1.170 tys. zł, pierwsza sekcja WUBP w Lublinie była tą najgorszą - śledczą, a Antoni Kulwaniewski był członkiem WKP(b), oficerem Armii Czerwonej i LWP, absolwentem szkoły funkcjonariuszy bezpieczeństwa w Kujbyszewie. 
W ramach odwetu za akcję Dekutowskiego sowieci aresztowali 43 osoby, z czego 13 skazali na karę śmierci i stracili w podziemiach Zamku Lubelskiego. 
W innym raporcie, sporządzonym przez lubelski okręg WiN (III 1946 r.), czytamy: "Urzędy bezpieczeństwa działają pod wyłącznym kierownictwem NKWD. W działalności swojej posługują się podstępem. W końcu marca grupa cywilna UB, występująca jako grupa dywersyjna AK, powołując się na »Zaporę«, zażądała kontaktu na komendanta placówki w Chodlu, lecz zapytani, zorientowawszy się w porę, podstęp udaremnili. Grupa ta udała się następnie do Bełżyc, gdzie ułatwiono jej kontakt na komendanta placówki. Żądano od niego ściągnięcia ludzi celem rzekomego urządzenia napadu wspólnego na posterunek MO. W wyniku rozstrzelano komendanta placówki oraz kilku jego ludzi". 

Sierpień 1947. Od lewej: mjr "Zapora" i kpt. Zdzisław Broński "Uskok".

MONIAKI, CZYLI MOSKWA 

Stefan Korboński, działacz PSL Mikołajczyka, w książce "W imieniu Kremla" pod datą 3 października 1946 r zapisał: "komunikat PAP z Lublina, według którego »bandy« »Zapory« z WiN i »Cisego« z NSZ, uzbrojone w broń maszynową, razem 50 osób, napadły na wieś Maniaki i spaliły ją, w tym 11 gospodarstw należących do b. akowców. 
Przypis Korbońskiego: "Mowa o starciu oddziału Hieronima Dekutowskiego »Zapory« 23 IX 1946 z ormowcami ze wsi Moniaki (a nie Maniaki), nazywanej potocznie Moskwą, zakończonym śmiercią jednego z nich i wymierzeniem kary chłosty pozostałym". 
I komentarz: "Najlepszy jest ten pomysł, że członkowie WiN, który składa się z nieujawnionych akowców, niszczą własność swych ujawnionych towarzyszy broni. (...) Te kłamstwa są obliczone na obudzenie w społeczeństwie oburzenia przeciwko podziemiu. Przypomina mi to tolerowanie przez gestapo bandytów, by ich zbrodniami obarczyć ówczesną konspirację i zohydzić ją w oczach kraju. Nauka nie poszła w las i dzisiaj mają w bezpiece wiernych naśladowców. Nie darmo ją ludzie nazywają »czerwone gestapo«". Wieś Moniaki (obok kilku innych na Lubelszczyźnie) jeszcze przed wojną była wylęgarnią komunistycznej zarazy - późniejszych AL-owców, milicjantów i ubeków. "Zapora" rozbił wiele placówek MO i UB. Schwytanym komunistom na ogół wymierzał kary chłosty, a następnie puszczał ich wolno. Jeśli zabijał, to nie za samą przynależność do PPR, czy bezpieki, ale za wyjątkowo szkodliwą działalność, choć wielu UB-eków też oszczędził. Odbijał też więzienia, wypuszczając aresztowanych. Jego oddział był przygotowany do akcji na Zamek Lubelski, a nawet na areszt na Rakowieckiej w Warszawie, ale w obu przypadkach jakiś kapuś doniósł o tych planach UB. 
Dzięki posiadaniu zdobycznych samochodów ciężarowych "Zaporczycy" potrafili dokonać w ciągu doby kilku akcji na terenie dwóch, a nawet trzech powiatów i błyskawicznie „odskoczyć”. Ciągle zmieniali kwatery, nigdy nie stacjonowali dwa razy z rzędu w tej samej wiosce.

Część 2 >
Strona główna - wprowadzenie >  podziemiu. Przypomina mi to tolerowanie przez gestapo bandytów, by ich zbrodniami obarczyć ówczesną konspirację i zohydzić ją w oczach kraju. Nauka nie poszła w las i dzisiaj mają w bezpiece wiernych naśladowców. Nie darmo ją ludzie nazywają »czerwone gestapo«". Wieś Moniaki (obok kilku innych na Lubelszczyźnie) jeszcze przed wojną była wylęgarnią komunistycznej zarazy - późniejszych AL-owców, milicjantów i ubeków. "Zapora" rozbił wiele placówek MO i UB. Schwytanym komunistom na ogół wymierzał kary chłosty, a następnie puszczał ich wolno. Jeśli zabijał, to nie za samą przynależność do PPR, czy bezpieki, ale za wyjątkowo szkodliwą działalność, choć wielu UB-eków też oszczędził. Odbijał też więzienia, wypuszczając aresztowanych. Jego oddział był przygotowany do akcji na Zamek Lubelski, a nawet na areszt na Rakowieckiej w Warszawie, ale w obu przypadkach jakiś kapuś doniósł o tych planach UB. 
Dzięki posiadaniu zdobycznych samochodów ciężarowych "Zaporczycy" potrafili dokonać w ciągu doby kilku akcji na terenie dwóch, a nawet trzech powiatów i błyskawicznie „odskoczyć”. Ciągle zmieniali kwatery, nigdy nie stacjonowali dwa razy z rzędu w tej samej wiosce.

Część 2 >
Strona główna - wprowadzenie > 
http://podziemiezbrojne.blox.pl/2006/03/Mjr-Hieronim-Dekutowski-Zapora-1918-1949-czesc-1.html