SODALICJE MARIAŃSKIE
 

Aniela Kluzek

Anna Wilk, Kraków

Czego nauczyła mnie Sodalicja Mariańska
(z Dziennika Anieli Kluzek 1910-1951, sodaliski krakowskiej)

Zlituj się nade mną o Jezu i bądź mi miłościw! (83)

niedziela dnia 25 sierpnia 1940 r./ 3 IX
Chcę napisać opowiadanie z życia sodalicyjnego o młodzieży i dla młodzieży. Czytałam ostatnio dosyć książek dla młodzieży – osnutych na tle życia harcerskiego, lub szkolnego. Myślę, że należy się Sodalicji, by opisać jej wpływ na młodzież. Dla mnie Sodalicja była dobrą szkołą i dała mi niesłychanie wiele.
Tak często wspominam teraz lata gimnazjalne i przeżycia sodalicyjne. Dziś jestem już starą sodaliską, należę już do 3ciej sodalicji, gdy z dwóch już wyrosłam – gimnazjalnej i akademickiej. Ileż mam wdzięczności dla Sodalicji za wszystko, co jej zawdzięczam. Gdy myślę o tym, jaką byłam przed wejściem do Sodalicji, a tym, czym stawałam się później, doceniam w całej pełni jej wartość wychowawczą. Sodalicja nauczyła mnie żyć z Bogiem, a sprawy religii traktować głęboko i poważnie.
Na jednej ze stron Helki pamiętnika czytałyśmy pod datą: przez całą Mszę św. Żwiakówna opowiadała nam, jak przyjdzie ubrana na popołudniową zabawę szkolną. Po tym poszłyśmy na Zebranie Sodalicyjne.
Tak dobrze pamiętam ten fakt, gdy w stallach kościoła franciszkańskiego wtulone rozmawiałyśmy w czasie (84) Mszy świętej o takich rzeczach! Dziś wierzyć mi się nie chce, by to było możliwe. Wierzyć mi się w to prawie nie chciało już w niedługi czas po tym fakcie. Piszę o tym, bo to dowodzi siły Sodalicji – że z nas takich właśnie jakimiśmy były – zrobiła ludzi religijnych.
Sodalicja uczyła nas wprowadzać ład w życie religijne i dorywcze chwile poświęcone Bogu zamieniać na regularne i przemyślane. Uczyła nas pracy nad sobą. Ona podsunęła mi książki religijne, które były dla mnie potężnym bodźcem na drodze życia. Z zaśmieconej i zaniedbanej biblioteki wyciągnęłam przy porządkowaniu jej takie książki jak: św. Franciszek i Schryvers Oddanie się Bogu. Te dwie książki pamiętam tak dobrze, że aż do najdrobniejszych wrażeń, jakie na mnie wywarły. Żywot św. Franciszka mnie obudził do życia prawdziwego, nauczył mnie właściwego segregowania wartości, Oddanie się Bogu ukazało mi miłość Boga i było dla mnie szkołą życia w Bogu. Życie to długo było jeszcze naiwne. Przy dużych wzlotach ku Bogu i radościach (85) wewnętrznych, częste upadki, zaniedbywanie najprostszych obowiązków. Było niekonsekwentne – gdyż pragnienia rosły szybciej niż moc człowieka. Wiele się pragnęło, a nie było wytrwałości, cierpliwości, rozsądku. I dziś jeszcze wiele z tych wad jest w moim życiu, choć tyle już lat Sodalicyjne idee działają na moją duszę. Lepiej, że pragnienia były na wyrost, niż gdyby były tylko na miarę moich ówczesnych możliwości.
Sodalicja prowadziła nas do Sakramentów świętych – uczyła na wzorze Maryi życia – zaznajamiała nas ze Świętymi. Była nam opiekunką w religijnym życiu. Uczyła nas jeszcze wzajemnej miłości ku sobie. Bo w naszej Sodalicji gimnazjalnej, choć na pozór mało nawet czynnej, panował duch Sodalicyjny. Jak myśmy się wszystkie kochały! Byłyśmy dla siebie prawdziwymi siostrami. Nie było dla nas różnic klasowych, wszystkie sodaliski kochały się i przyjaźniły ze sobą prawdziwie. Chodziłyśmy razem na nabożeństwa, na adoracje wspólne, na wystawy misyjne, przedstawienia. Odwiedzałyśmy się, urządzając czasem wspólne herbatki, te z wyższych klas pomagały w nauce koleżankom z niższych, nawet po opuszczeniu gimnazjum. W chorobie którejś odwiedzałyśmy ją przynosząc wskazówki (86) o przerobionych lekcjach. Modliłyśmy się wspólnie na intencje różnych spraw poszczególnych sodalisek. A w czasie wakacji prowadziłyśmy ze sobą ożywioną korespondencję, pełną serdecznych, dobrych myśli. Zachęcałyśmy się do wielkich i małych a dobrych rzeczy i było nam wszystkim razem dobrze. Sodalicja żyła, a dzięki ks. Litwinowi nawiązała kontakt z sodalicji filii. One były czynniejsze na zewnątrz – myśmy miały większą bierność, lecz tylko pozorną, bo duch był zawsze czynny!
Dziś po 13-tu latach wspominam tamte czasy z radością, że dane nam było przeżyć te lata młodości w atmosferze dobra i miłości. I dziś chciałabym napisaniem takich wspomnień spłacić Sodalicji dług wdzięczności, a prócz tego może udałoby mi się pomóc młodym dziewczynkom na drodze ku królestwu Bożemu. Myślałam o daniu praktycznych uwag, które mogłyby być wskazówkami w życiu sodalicyjnym.
Wiele lat upłynęło od tamtych. Weszłam w Sodalicję akademiczek i od razu stałam się koleżanką 300 sodalisek. Pokaźna liczba. W tej sodalicji spędziłam kilka lat pogłębiając swoje religijne nastawienie. Wreszcie przeszłam do Sodalicji 3-ciej, w której jestem obecnie. Na uniwersytecie nawiązałam (87) prawdziwą przyjaźń właśnie z sodaliskami – z takim jednym wydziałem, w którego skład wchodziłam. Dziś w ciężkich czasach wojny przyjaźń nasza zdaje egzamin znakomicie. Nasza paczka jest już wypróbowaną, lecz oprócz tych kilku jest jeszcze całe mnóstwo tych, z którymi się żyje blisko i dobrze. Wystarczy wiedzieć, że to Sodaliska, by jasnym było, jaki to człowiek. Nasze koleżanki to naprawdę ludzie.
Zepsuty jest człowiek na takim towarzystwie, to też źle się czuje w innym, którego zrozumieć nie może. (moje przeżycia na kursie harcerskim nauczycielskim lub w Będzinie) A na naszych dniach skupienia, rekolekcjach, czy jakichś zebraniach jest tak prosto i cudnie. Nie mówi się wiele, nie traci czasu na niepotrzebne rzeczy, wszystko robi się samo. Dni Skupienia, które teraz organizujemy, nie urządza żadna sodalicja – urządzają sodaliski. Nie ma żadnego przymusu, bo nawet żadna instytucja ich nie zapowiada. Jedna prywatnie daje znać drugiej, że taki dzień będzie i już jest nas 50. Śliczne to – Z własnej woli robi się samo, nie ma przymusu, nie ma nakazu – i każdy przychodzi i wie, co będzie i jak. Cudne dni! (88)
Kolosalny wpływ na nasze życie ma to nasze stowarzyszenie! Sodalicja dała mi niesłychanie dużo, ale nie napisałam jeszcze wszystkiego. Była mi podporą w latach moich upadków. Dzięki niej wróciłam znów na dobrą drogę. A wtedy, gdy z niej zbaczałam, prostowała ją przez rekolekcje, zebrania. Miała w sobie siłę, której mi mogła udzielić.
Gdyby nie Sodalicja, może zmarnowałabym się zupełnie.

3.IX.
A moje koleżanki. Była właśnie u mnie Lonka – zawiadomić mnie o swoim ślubie. Ona, co nawet w Gimnazjum nie była z naszej paczki, bo jeszcze szła drogami dłuższymi ku Bogu. Dziś mi mówi, że cieszy się, bo w małżeństwie żyć będzie według woli Bożej. Inaczej szczęścia sobie nie wyobraża.
Jakże się cieszę nią i tym wszystkim. Na niej też tylko wpływ Sodalicji… Próbuję pisać coś o tej pracy nad sobą w Sodalicji. Ja i pisać? Wiem, że to może być strasznie słabe, więc próbuję. Jeśli coś z tego wyniknie, to dobrze, jeśli nie, sama choć skorzystam, bo muszę dużo do tego przeczytać i przemyśleć. Chcę pisać prosto, jasno – może się i na co przyda – chcę włożyć w to własne wspomnienia, oprzeć na prawdzie, na żywych ludziach, nie sztucznych nadzwyczajnych (89) dziewczynkach. Święci się też nie rodzą, lecz tworzą codzienną ciężką pracą, a w życiu szkolnym rzadko bohaterem jest jedna dziewczynka, zwykle bohaterem jest cała klasa.
Tak było w naszej Sodalicji, gdzie wszystkie chciałyśmy żyć dobrze i każda coś nowego wnosiła we wspólne życie. (90)Opr. Anna Wilk, Kraków