SODALICJE MARIAŃSKIE
 
INSTRUKTORZY

Do bycia w Sodalicji przygotowują instruktorzy, którzy mają mieć odpowiednie kwalifikacje, prawy charakter, dobre wykształcenie, prowadzi cnotliwe życie. Instruktor ma za zadanie dobrze przygotować kandydata do bycia w Sodalicji. Od tego przygotowania zależy też rozwój całej Sodalicji. Kandydat ma mieć gorące pragnienie dojścia do doskonałości w „ramach życia sodalicyjnego”, a instruktor ma to pragnienie podtrzymać, albo nawet je wzbudzić, służyć radą, wskazówkami. Można to czynić instruktor korespondencyjnie. „Listy przygotowujące kandydatów, muszą być z natury rzeczy długie, dobrze i logicznie pisane, a wymagają odpowiedzi szczerych, obszernych”. W listach tych instruktor zawiadamia o rekolekcjach i o zebraniach. By dobrze pełnić swoją rolę instruktor musi być blisko „Eucharystycznego Serca Jezusa, żeby z niego czerpać światło dla tych, którym je dać pragnie”. Musi też często prosić Matkę Najświętszą o pomoc i łaski potrzebnej w tej pracy. 

Instruktor musi przynajmniej dwa razy w ciągu aspirantury przeprowadzić rozmowę w „cztery oczy” i zbadać czy osoba kwalifikuje się do bycia sodalisem, „a więc: Czy odznacza się prawdziwym nabożeństwem, dziecięcą miłością i czcią do Matki Najśw.? Czy ma szczerą chęć dążenia do doskonałości w granicach swego stanu? Czy stara się i pragnie zająć się gorliwie budowaniem i udoskonaleniem swoich najbliższych? Czy nie ulega zbytnio względom ludzkim i czy gotowa jest bronić prawd i przykazań katolickich, czy też przeciwnie, gotowa jest do kompromisów z wymaganiami świata?

Kandydat musi poznać zasady działania Sodalicji: musi „gruntownie przestudiować ustawy sodalicyjne, poznać sodalicyjnego ducha, by wiedzieć, do czego się obowiązują, składając uroczyste ślubowanie Matce Najśw.”
Bardzo ważne jest by kandydat i aspirantka pogłębili w tym okresie życie wewnętrzne, by „mieli szczerą i gorącą chęć dążenia do doskonałości w granicach swego stanu”. Do codziennego „życia Bożego” potrzebna jest częsta Komunia św., Msza św., rozmyślanie, rachunek sumienia, adoracja Najśw. Sakramentu, droga krzyżowa itp.

W okresie aspirantury przyszły Sodalis ma zadzierzgnąć i pogłębiać więź z członkami swojej Sodalicji. Ma uczyć się „prostoty w postępowaniu”, „wielkoduszności w obcowaniu”, mówienia prawdy w oczy z miłości, przyjmowania z pokorą uwag i by nie pielęgnować w sercu niechęci do kogokolwiek. Uczą się karności, posłuszeństwa, regularnego i punktualnego przychodzenia na spotkania i nabożeństwa, ofiarnego udziału w pracach sodalicyjnego. Uczą się także wzajemnego pozdrawiania się wezwaniem: „Cześć Maryi”, czy „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” i znajdowania czasu na poufne, serdeczne rozmowy. 

ŚNIEŻNICA - szczególne miejsce formacji sodalicyjnej


WYWIAD Z KS. Janem Zającem Dyrektora Śnieżnicy

Skąd się wziął Młodzieżowy Ośrodek Rekolekcyjny i Schronisko pod Śnieżnicą?

Rodowód jest religijny i patriotyczny. Wszystko zaczęło się w roku 1928 z inicjatywy Sodalicji Mariańskiej Uczniów Szkół Średnich. W Polsce organizację tę założył ksiądz Józef Winkowski, katecheta zakopiański, które całe swoje kapłańskie życie spędził na Podhalu. Na świecie Sodalicja Mariańska istnieje od XVI wieku, powstała w Rzymie „dla postępu w naukach i cnocie”. U nas wśród młodzieży szkolnej pojawiła się o wiele później, ponieważ zaborcy nie zgadzali się na jej funkcjonowanie, ale już po kilku latach działania objęła swoją opieką około 10.000 chłopców. Wtedy właśnie ksiądz Winkowski zaczął myśleć o stworzeniu dla nich kolonii letniej, i wybrał Śnieżnicę.

A dlaczego właśnie Śnieżnicę?

Znacznie bliżej miał z Zakopanego w Tatry, na Orawę lub w Gorce, prawda? A jednak wybrał Beskid Wyspowy. Dlaczego? Nie wiem. Tak Pan Bóg pokierował, takie były plany Boże! Z pewnością ten teren był wówczas łatwiej dostępny, niż wiele rejonów przygranicznych. Proszę pamiętać, że wtedy przecież do Kasiny można było dojechać pociągiem, a równocześnie okolice te były dość zaciszne, znacznie spokojniejsze niż Zakopane. W pobliżu też proboszczem był ksiądz Józef Stabrawa, przyjaciel księdza Winkowskiego, który zawiadomił go, że las na zboczach Śnieżnicy jest do kupienia. Największym atutem tego lasu była polana, na której stoją obecnie budynki ośrodka oraz bardzo wydajne źródło, które nadal zaopatruje nas w wodę.

Nie było tu wówczas żadnych domów?

Nie, nie było, wypasano tutaj tylko krowy i woły, bo z owcami chodzono wyżej. A bydląt tych potrzebowano w gospodarstwie na co dzień, więc tu były niemal pod ręką. Z dołu, od ostatnich domów we wsi, jest nie więcej niż pół godziny drogi. Była tu zatem wtedy tylko polana, źródło i las dookoła, ksiądz Winkowski kupił to wszystko - 180 morgów, czyli blisko 100 hektarów.

Dużo!

Bardzo dużo. Musiał zapłacić 50.000 złotych - majątek w tamtych czasach - a miał tylko dwa tysiące. Zaryzykował, ale udało mu się i już po dwóch latach, dzięki własnemu wysiłkowi oraz pomocy wielu życzliwych ludzi spłacił cały dług. Ten las miał stanowić zabezpieczenie finansowe dla kolonii letnich, które chciał tutaj prowadzić. Dopiął swego niebywale szybko, bo już w roku 1930 ruszyły tu regularne obozy wakacyjne dla młodzieży męskiej. Turnusy były długie - czterotygodniowe, uczestnicy płacili za pobyt ok. 50 złotych, czyli kwotę jak na ówczesne realia wcale nie małą. Pobyt tutaj nie miał charakteru czysto rekolekcyjnego, lecz wypoczynkowy i nade wszystko - mówiąc dzisiejszym językiem - integracyjny.

Integracyjny?

Tak, bo księdzu Winkowskiemu najbardziej zależało na tym, by przebywała tu, poznawała się i zaprzyjaźniała młodzież pochodząca z różnych zaborów. Dzisiaj już nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak trudne było stworzenie jednolitego państwa polskiego z de facto trzech, mocno odrębnych społeczeństw, ściśle izolowanych przez zaborców. Ksiądz Winkowski zawsze podkreślał ogólnopolski charakter Ośrodka pod Śnieżnicą i dbał, aby w możliwie równych proporcjach przybywała tu młodzież z całego obszaru Polski.

Kto uczestniczył w obozach pod Śnieżnicą?

To byli chłopcy z ostatnich klas gimnazjum maturalnego, czyli mieli po 16 lat i więcej. Program ich pobytu obejmował między innymi dwie godziny pracy fizycznej na rzecz kolonii. Pomagali w budowie pierwszych budynków, basenu kąpielowego, dwóch boisk, brali udział w zajęciach sportowych i wycieczkach krajoznawczych. Ksiądz Winkowski wiedział, że Ci młodzi ludzie potrzebują słońca, świeżego powietrza, czystej wody, wielu z nich przyjechało z zadymionych miast, większość pochodziła z ubogich rodzin. Byli niedożywieni, dlatego dostawali aż pięć posiłków dziennie. Do dzisiaj przechowuję wykazy zaopatrzenia stołówki z tamtych czasów, wiem ile podczas turnusu zjedzono chleba, jajek, cukru, śmietany i ile wypito mleka. O mięso i wędliny było trudnej - raz, że kosztowały dużo, dwa że bez prądu ich przechowywanie było kłopotliwe. Ale i z tym ksiądz Winkowski potrafił sobie poradzić.

Jak?

W marcu rąbano lód w basenie i przewożono do specjalnej, bardzo dobrze izolowanej ziemianki, gdzie przysypywano go trocinami i w ten sposób całe to pomieszczenie zamieniano w lodówkę, która - aż trudno to sobie wyobrazić - potrafiła przetrwać prawie do końca wakacji.
Czy uczestnicy sami przygotowywali posiłki?
Nie, tych 50 zł, które płacili za pobyt wystarczało nie tylko na wyżywienie oraz wycieczki, ale także na wyposażenie ośrodka i zatrudnienie kucharek. Ksiądz Winkowski dbał o interes Śnieżnicy, dbał też o - dzisiaj powiedzielibyśmy - element psychologiczny, bo co bezpłatne, tego się tak nie szanuje i nie docenia. Nie było tu żadnej „darmochy”, nikt nie przyjeżdżał dlatego, że Kościół funduje, więc trzeba skorzystać. Do dzisiaj zachował się dziennik uczestnika przedwojennej kolonii, w którym starannie zanotowano, jakie kto pełnił funkcje, jakie miał obowiązki, w którym mieszkał pokoju i na którym łóżku spał. Dzięki temu pamiętnikowi wiemy też, że na początku turnusu każdy musiał zostawić w depozycie równowartość biletu powrotnego - jako zabezpieczenie na wypadek kradzieży, zgubienia lub roztrwonienia pieniędzy. Wszystkich też ważono od razu po przyjeździe oraz przed wyjazdem, aby sprawdzić czy uczestnicy kolonii odpowiednio przytyli...

A tyli?

O tak! Rekord wynosił 4 kilogramy w 4 tygodnie. Ale dbano tutaj nie tylko o ciała, lecz także o umysły uczestników, którzy sami przygotowywali referaty i koreferaty na wiele różnych tematów. Uczono ich tu wystąpień publicznych, umiejętności obcej dziś niejednemu politykowi. Organizowano też stąd bardzo ciekawe wycieczki, nawet do Morskiego Oka z noclegiem w Zakopanem oraz dwudniowe, piesze na Turbacz. Chodzono stąd do Cystersów w Szczyrzycu, na Ćwilin i na Śnieżnicę, gdzie palono ognisko na polanie, której teraz nie ma, bo zarosła. To wszystko tak trwało przez dziesięć lat.

Czyli do wojny?

Tak, do wojny. Dokładnie 19 czterotygodniowych turnusów wakacyjnych, w których uczestniczyło w sumie ponad pięciuset chłopców z całej Polski.

A jak Ośrodek przetrwał wojnę?

Bez żadnych strat i zniszczeń. To był chyba kolejny znak od Boga, żaden z budynków nie został nawet uszkodzony, a było ich wtedy tutaj aż siedem.

Czyli więcej niż obecnie?

Teraz jest sześć, bo nie ma już osobnej umywalni. Kaplica została przeniesiona w inne miejsce, a poza tym nic się nie zmieniło - oczywiście poza modernizacją budynków. Obok kaplicy mamy więc tutaj mieszkalną „Zakopiankę” z roku 1934 oraz „Podhalankę”, kolejna jest „Krakowianka” - z kuchnią, jadalnią i sypialniami. Następna to malutka, bo zaledwie ośmioosobowa „Betlejemka”, przez wiele lat pełniąca funkcje „goprówki”. Najstarsza jest „Prezesówka”, w której mieszkam. Nazwa stąd, że ksiądz Winkowski pełnił funkcję Prezesa Związku Sodalicji Mariańskiej Uczniów Szkół Średnich. W sumie mamy tu 150 miejsc noclegowych.

Ale w czasie wojny kolonii już tutaj nie było?

Ależ skąd! Niemcy by się na to nie zgodzili. Na szczęście Śnieżnicą nie zainteresowali się też partyzanci, bo faszyści puściliby ją z dymem.

Jakie były powojenne losy Ośrodka?

Władza ludowa nie była tak łaskawa dla nas, jak okupanci, bo odebrała nam Śnieżnicę. W tym miejscu trzeba wspomnieć o istniejącej do dzisiaj bazie szkoleniowo - sportowej pod Lubogoszczą (starszej o pięć lat od naszego Ośrodka), która powstała z inicjatywy YMCA - Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej. Chrześcijańskiej, czyli nie katolickiej - jak Sodalicja Mariańska. Władza ludowa przekazała Śnieżnicę Stowarzyszeniu YMCA w dzierżawę, w zamian za remonty.

A YMCA była tolerowana przez komunistów?

Tak, ponieważ mając powiązania z Zachodem, dostawała dużo pieniędzy oraz jedzenia i sprzętu - łóżek, namiotów, a nawet samochodów. Władza ludowa nie była tak głupia, aby rezygnować z tych dobrodziejstw. YMCA została zdelegalizowana później, gdy komuniści przestali mieć z niej pożytek. Wtedy Śnieżnicę przejął bodaj Wojewódzki Zarząd Spółdzielczości Pracy, który doprowadził nasz Ośrodek na skraj dewastacji. Organizowano tutaj jakieś obozy letnie, kolonie, szkolenia, ale nikt nie dbał o budynki i nikt ich nie remontował. Doszło do tego, że władze sanitarne wydały zakaz używania jadalni, gdyż walił się w niej sufit. Decyzja o zamknięciu i wyburzeniu całego Ośrodka zawisła wtedy na włosku, na szczęście w obronie Śnieżnicy stanęła wtedy ludność miejscowa oraz POSTiW w Limanowej.

POSTiW?

Powiatowy Ośrodek Sportu, Turystyki i Wypoczynku. Do dzisiaj mamy jeszcze w stołówce kilka talerzy z ich logo, chyba muszę zabrać je do muzeum, które tutaj tworzę, zanim wytłuką się wszystkie... Zrobiono tu wtedy centralne ogrzewanie, doprowadzono prąd oraz linię telefoniczną, to wszystko stworzyło bazę do całorocznego wypoczynku.

Czy po upadku komunizmu Śnieżnica wróciła do Sodalicji Mariańskiej?

Tak. Przemiany ustrojowe otworzyły drogę do odzyskania przedwojennej własności. W dość krótkim czasie reaktywowano Sodalicję, a później wystąpiliśmy o zwrot Ośrodka.

My? Czyli ksiądz też w tym uczestniczył?

Tylko pośrednio. Nie należałem wtedy do Sodalicji, ale pożyczyłem jej co mogłem na wykup mienia ruchomego. Byłem wówczas proboszczem w Brzeszczach koło Oświęcimia, bardzo wielu księży wsparło finansowo Śnieżnicę na starcie. A koszty były niebagatelne, bo budynki zwrócono wprawdzie bezpłatnie, ale za całe wyposażenie trzeba było zapłacić. Procedura odzyskania własności trwała dwa lata i z bólem muszę powiedzieć, że las nie wrócił już do Sodalicji. Zostały nam przyznane tylko trzy ze stu hektarów, resztą gospodarzą Lasy Państwowe.

A jak ksiądz trafił pod Śnieżnicę?

To osobna historia. Zawsze lubiłem góry. Góry dały mi bardzo wiele, i cieszę się, że teraz i ja mogę coś górom dać. A daję co mogę od dwunastu lat. Co daję? No - przede wszystkim swoją obecność i zamiłowanie, które nadal do nich mam, chociaż teraz chodzę po górach mniej, bo jestem trochę przez te góry uwiązany pod Śnieżnicą. Daję swój czas, uwagę i siły tym, którzy po górach chodzą. I cieszę się, że mogę służyć Bogu i ludziom na tej pięknej placówce.

A dlaczego to właśnie ksiądz służy na tej pięknej placówce?

Bo po górach kiedyś dużo chodziłem, i prawie całe Tatry oraz dużą cześć Beskidów mam przedeptane. A na Śnieżnicy bywałem już w czasach młodego kapłaństwa. Pierwszy raz trafiłem tu w latach siedemdziesiątych, odwiedzając moich uczniów, którzy przyjechali tutaj na zieloną szkołę. Okazało się, że kierownikiem świeckiego wówczas Ośrodka pod Śnieżnicą był mój kolega z liceum - Oskar Nowotny. To on opowiedział mi przedwojenną historię tego miejsca. Bardzo bolałem na tym, że Śnieżnica nam przepadła. Potem, gdy okazało się, że jednak nie przepadła, to zrobiłem co mogłem, aby wesprzeć odzyskanie ośrodka. A później, gdy pojawiły się okoliczności sprzyjające, to zgłosiłem się na kapelana i opiekuna Śnieżnicy. Jestem pierwszym księdzem od początku świata, mieszkającym tu na stałe!.. (śmiech).

Co to były za okoliczności sprzyjające?

To były zmiany ustrojowe, które spowodowały, że upadł Związek Radziecki. A mnie zawsze bardzo ciągnęło na wschód, zawsze chciałem tam pojechać. Zgłosiłem się więc do pracy w Archidiecezji Lwowskiej, gdy tylko pojawiła się taka możliwość. Spędziłem tam trzy lata. To była okoliczność sprzyjająca w tym sensie, że oderwałem się od pracy parafialnej, która w Brzeszczach absorbowała mnie bez reszty. Po powrocie z Ukrainy nie czułem się już związany ani z żadnym miejscem, ani z jakimiś konkretnymi ludźmi, więc zaproponowałem biskupowi, że zajmę się Śnieżnicą. Wyraził zgodę i tak tu trafiłem.

Czyli to ksiądz poszedł do Kurii z tą inicjatywą?

Dokładnie tak było. Pamiętam jak kardynał Macharski zapytał mnie z czego będę żył w tym lesie...

I co ksiądz odpowiedział?

No, moje nazwisko bardzo mi pomogło... Powiedziałem, że Zając w lesie zawsze sobie jakoś poradzi... (śmiech). Powiedziałem też, że na początku będę żył ... z przyzwyczajenia... (śmiech).

To wystarczyło?

Myślę, że na moją korzyść mógł świadczyć fakt, że niegdyś pracowałem w Papieskiej Akademii Teologicznej jako administrator ekonomiczny oraz to, że jako proboszcz prowadziłem też kiedyś budowę kościoła.

Ale nie tylko z przyzwyczajenia ksiądz tutaj żyje, przed chwilą widziałem księdza z łopatą.

„Żadna praca nie hańbi”, wszystko tu trzeba robić i niczego się nie bać. Pan Bóg pozwala mi cieszyć się dość dobrym zdrowiem, mam też niemało doświadczenia i z gór, i z wojska, i z działalności oazowej, i z różnych prac parafialnych oraz budowlanych. To wszystko przeniesione w tak specyficzne miejsce wciąż wyzwala we mnie mnóstwo energii i zapału.

Co tu się zmieniło przez te 12 lat rządów księdza pod Śnieżnicą?

Można powiedzieć, że niewiele, bo budynki stoją te same, co stały. Tyle, że te budynki nie są takie same. Ale najbardziej cieszy mnie, że tutaj - niby na odludziu - gdzie nie mam ani jednego parafianina, powstał naprawdę ładny kościółek.

Dzięki ofiarności turystów?

Dzięki turystom, gościom i dobrodziejom. Większych - jak to dzisiaj mówimy - sponsorów nie było i nie ma.

A sam Ośrodek nie przynosi dochodów wystarczających na budowę kościoła?

Owszem, przynosi, ale skromne i od niedawna. Przez pierwszych kilka lat było tu dość pusto, ale muszę przyznać, że podnoszenie standardu i dbałość o każdy drobiazg zaczyna procentować.

Kim są goście Śnieżnicy?

Mamy już całkiem sporą rzeszę stałych bywalców z przeróżnych grup, ruchów, organizacji, czy stowarzyszeń działających przy parafiach w całej Polsce, ale bywają też u nas grupy świeckie oraz rodziny i turyści indywidualni bliżej nie związani z Kościołem. Przyjeżdżają dzieci wymagające specjalnego trudu wychowawczego zeStowarzyszenia Dobra Nadzieja, przyjeżdżają grupy dorosłych, których pobyt tutaj ma zadanie resocjalizacyjne, bo stąd jest daleko do sklepów i lokali, więc łatwiej na przykład poskromić pokusę wyprawy po alkohol...

Czyli może przyjechać tu każdy, nawet ateista?

Oczywiście. Ja nikogo nie pytam o wyznanie, ani nie pędzę do kościoła. Informuję tylko o Mszach świętych i zapraszam do uczestnictwa, to wszystko. Obowiązkowe jest tylko uszanowanie charakteru tego miejsca.

A czy odbywają się tu jakieś regularne uroczystości religijne?

Tak, 12 lat temu zwróciłem się do Papieża Jana Pawła II z prośbą o podarowanie obrazu Matki Bożej Śnieżnej. Nie musiałem długo czekać, piękne płótno przywiózł mi z Watykanu biskup Jan Szkodoń. I od tamtego czasu, zawsze 5. sierpnia, w Święto Matki Bożej Śnieżnej odprawiana jest tu uroczysta Msza święta przyciągająca tłumy wiernych.

Ale na Mszę można przyjść tu codziennie, prawda?

Tak, w niedzielę na godzinę 10.00 i 12.00, natomiast w dni powszednie Mszę odprawiam zwykle o 7.00 rano, bo później mam różne prace, obowiązki i wyjazdy.

Wyjazdy? Zdarza się księdzu wyjechać stąd na dłużej?

Bardzo rzadko, i na nie więcej niż tydzień. Ostatnio byłem u zaprzyjaźnionych księży w Chorwacji, lubię ten kraj, znam jako tako język, ale częściej to tu przyjeżdżają goście z Chorwacji. Oprowadzam ich po okolicy, opowiadam o naszych realiach. Interesuję się Chorwacją, czytam ich katolicką prasę, słucham radia...

Słucha ksiądz tutaj chorwackiego radia?

Tak, na krótkich falach odbiera znakomicie. Tej zimy był u mnie ksiądz z grupą parafialną z Chorwacji i własnym oczom nie wierzyli, bo tyle śniegu jeszcze w życiu nie widzieli!

A ta zima była szczególnie śnieżna?

W marcu leżało tu 140 cm, ale bywało znacznie więcej - zawsze w marcu, bo ten miesiąc jest w naszych górach najśnieżniejszy. Dziwię się tym, którzy już wtedy szukają tu śladów wiosny... (śmiech).

Co tu jest dla księdza najtrudniejsze? Czy właśnie przetrwanie zimy?

Przetrwanie zimy? Ależ skąd! Ja bardzo lubię zimę. Kiedyś pewnej pani, która strasznie współczuła mi z powodu mrozów i śniegów powiedziałem, że tak lubię zimę, iż dla niej jestem gotowy przesiedzieć tu lato... (śmiech). Urodziłem się pod Obidową i od dzieciństwa jeżdżę na nartach, ale unikam wyciągów, zwłaszcza gdy jest na nich tłoczno i głośno. Najbardziej lubię wędrować na „deskach”, mam tu kilka par dobrych „śladówek” i czasem razem z Panią Kierowniczką włóczymy się po okolicy. Najchętniej w drugiej połowie zimy, gdy dni są dłuższe i słońce przygrzewa mocniej

Jeżeli zatem nie zimy, to co jest tu dla księdza najtrudniejsze?

Nic tu chyba nie jest dla mnie tak szczególnie trudne. No, może czasem trochę dokucza mi samotność, bo poza mną nikt tutaj nie mieszka na stałe. Zdarzają się takie ponure, deszczowe, zimne i mgliste dni, gdy nawet pies z kulawą nogą do mnie nie zajrzy.

I nie zdarzyło się nigdy, że ksiądz miał już dość Śnieżnicy?

Nie, a od pewnego czasu zacząłem się nawet modlić, aby mnie takie myśli nie napadały... (śmiech). Po pierwsze nie ma chyba nikogo, kto chciałby mnie tu zastąpić, a po drugie ja bym się do innego życia już prawdopodobnie nie nadawał. Jest mi tu dobrze i dlatego tak trudno mi powiedzieć, co tu jest dla mnie trudne... (śmiech).

Co zatem jest największą radością?

Gdy ludzie dobrze się tu czują i potem zadowoleni stąd wyjeżdżają. Co absolutnie nie oznacza, że cieszę się, gdy wyjeżdżają... (śmiech).

Jakub Terakowski
Wywiad został opublikowany w miesięczniku n.p.m. nr 09/2009. Wszelkie rozpowszechnianie i wykorzystywanie tego tekstu lub jego fragmentów, wymaga zgody Redakcji.
http://republika.pl/terakowski/Snieznica.html